|   |

Miron Grzegorkiewicz – muzyk

Miron Grzegorkiewicz – muzyk
Miron Grzegorkiewicz

Rozmawiamy o projekcie M8N, udziale w Tallinn Music Week i tożsamości.

O projekcie M8N, udziale w Tallinn Music Week i tożsamości z Mironem Grzegorkiewiczem rozmawia Misia Furtak.

Nie chcesz już występować solo?

Chcę. I zostawię M8N przy życiu. Ale obmyślam jego nową odsłonę, bo postanowiłem zakończyć projekt zainspirowany mitologicznym Ulissesem. Na ostatnich koncertach czułem, że historie, które opowiadam, sprawnie płyną. Miałem wielką radość z grania, ale też poczucie, że to już zamknięta, spełniona całość. „ULSSS” nie był klasycznym albumem. Raczej projektem rozłożonym w czasie – ze swoim preludium, rozkwitem i finałem.

Znudziło ci się klasyczne wydawanie płyt?

Nie do końca rozumiałem, czego szukam, ale zwykłe CD, winyle, dotychczasowe eksperymenty z formą, w jakiej wydawana jest muzyka, rzeczywiście wydały mi się nieciekawe. Zmienił się rynek: streaming, powrót kaset, akcje z dźwiękiem przestrzennym. Ja szukałem czegoś innego.

Koncepcja zrodziła się w saunie. W Nakle nad Notecią. Przyszedł mi do głowy „Ulisses” Joyce’a. Myślałem o wielowymiarowym Dublinie, w którym różne rzeczy dzieją się naraz. Wszystko pocięte na odcinki, tak, że obserwujemy wykadrowane fragmenty rzeczywistości, z których nie jesteśmy w stanie złożyć jednego obrazu. W głowie stworzyłem mapę luźno powiązanych ze sobą punktów.

Za tym poszła myśl o instalacji muzycznej. Obudowałem to technologicznie i teoretycznie, wymyśliłem aplikację i dodałem beacony, czyli małe nadajniki wysyłające sygnał radiowy za pomocą bluetooth. Miały być rozłożone w rożnych miejscach. Tak, żeby dało się zlokalizować daną osobę w danym punkcie i serwować jej granie. W kontrze do tego, jak ludzie konsumują muzykę – zazwyczaj masz wszystkie płyty zawsze pod ręką, w kieszeni. A tu – idziesz jak na koncert. Tylko bez innych ludzi, z dala od klubów, w nieoczywistej scenerii.

Co za ogromny projekt!

No właśnie. Pomysł rozbuchał się w mojej głowie tak bardzo, że przerósł mnie realizacyjnie. Zrobiłem więc wariację. Z poziomu koncepcyjnego zachowałem mapę punktów, które pozostały fragmentami opowieści. Zacząłem nagrywać kawałki, jeden po drugim, ale w taki sposób, żeby pierwszy był iskrą, a kolejne z niego wynikały. Dlatego użyłem „Ulissesa”. Posługiwałem się motywem wędrowcy, dzięki czemu moje historie nie były przypadkowym ruchem atomów, które drgają raz szybciej, raz wolniej.

I potem pojawiła się idea storytellingu. Zrozumiałem, że mogę go użyć jako narzędzia do oddziaływania na wyobraźnię odbiorców poprzez różne media, w bardzo zaplanowany sposób. Postanowiłem, że epizody (odcinki), bo tak nazwałem w tym kontekście piosenki, będą pojawiały się z miesiąca na miesiąc. Osiem utworów, przez osiem miesięcy, zawsze ósmego dnia.

Miron Grzegorkiewicz
Miron Grzegorkiewicz
Nie do końca rozumiałem, czego szukam, ale zwykłe CD, winyle, dotychczasowe eksperymenty z formą, w jakiej wydawana jest muzyka, rzeczywiście wydały mi się nieciekawe. Zmienił się rynek: streaming, powrót kaset, akcje z dźwiękiem przestrzennym. Ja szukałem czegoś innego.

Dlaczego akurat osiem?

Żeby nawiązać do cyfry w nazwie projektu, która wzięła się ze znaku nieskończoności pomiędzy pierwszą i ostatnią literą mojego imienia. Ale niezależnie od tego jaką liczbę piosenek miałbym wypuścić, to był przede wszystkim sprawdzian. Narzucenie sobie rygoru pracy. Tym bardziej, że chciałem zaangażować w to jeszcze dodatkowe osoby. Czy będę w stanie pokierować takim procesem i nie zawalić? Kiedy się udało, poczułem ulgę i dumę. Po drodze miewałem kryzysy, ale jednak zawsze ósmego dnia miesiąca numer był. Oczywiście, przed wydaniem wszystkich utworów na jednej płycie zrobiliśmy małą aktualizację, ponowny miks, żeby to było spójne. Tak powstał album, który miał dziewięć różnych okładek.

Dlaczego dziewięć?

Istniejące epizody uzupełniliśmy dziewiątym utworem. Każdy miał niezależną grafikę, stąd dziewięć różnych okładek. Wydaliśmy je w drewnianych ramkach zbitych przez dwóch moich ziomków w garażu. Po premierze płyty zamknąłem etap internetowy.

Ruszyłem z kolejnym rozdziałem – z koncertami. Każdy – znów – był osobnym epizodem. Dlatego pojawił się pomysł, żeby zamknąć projekt „ULSSS” przez wydanie albumu z utworami w wersjach „na żywo”. Lubię je, są mniej wykoncypowane. Do finału nakręciliśmy też z Kasią Miszczak wideo, z którego jestem bardzo zadowolony. Realizacja trwała prawie rok. Po drodze zmieniliśmy nieco koncepcję, ostatecznie nagraliśmy live sesję w lesie. Wiesz, lampy na akumulatory, mpc’etka na akumulatory, wchodzisz do starego fortu, gdzie są zamszone betony i grasz. To było ostateczne domkniecie, pokazanie mnie i tego, jaką drogę przeszedłem. Wcześniej nie chciałem być bohaterem klipu, ale zrozumiałem, że zbyt długo się chowałem. To zamknięcie jest dla mnie tak naprawdę nowym otwarciem.

Na co?

Mam pomysł na nowy projekt dotyczący tożsamości, polskości. Ale też mój niedawny wyjazd na Tallinn Music Week, na którym się spotkaliśmy, był przełomowym doświadczeniem, ponieważ otworzył mi oczy na aspekt lokalności w muzyce. Że w szerszej perspektywie lokalność nie jest czymś mało atrakcyjnym, czego nie widać od środka. Dostałem sygnał od losu, że nie muszę być z tą muzyką sam, że może mieć ona większy zasięg. To dodało mi wiary w sens istnienia projektu M8N.

A jak znalazłeś się w Tallinnie?

Wypełniłem formularz online, jak zwykle. Wybrała mnie brytyjska wytwórnia FatCat. Wiem, że jej szef słyszał wcześniej moją muzykę i myślę, że przez to skojarzył mnie wśród zgłoszeń. Cieszę się z tego zbiegu okoliczności. Nauczyłem się już, jak wyglądają showcase’y, czyli festiwale, na których możesz się zaprezentować nie tylko widzom, ale też międzynarodowej branży muzycznej. Wiadomo, że 30 minut koncertu to mało, ale mnie to nie boli.

To, że trafiłem do Tallinna niezależnie, że wskazała mnie zagraniczna wytwórnia, że zostałem wybrany dzięki swojej muzyce, a nie wysłany jako reprezentacja kraju, to wszystko dało mi masę energii. No i sam Tallinn robi dobre wrażenie.

Nawet na warszawiaku z krwi i kości?

Tak. Warszawa jest moim domem, ale doceniam urok Tallinna. To połączenie wpływów radzieckich, które są też u nas, ze „skandynawskością”. Nie ma popisywania się, przysłowiowego złota.  Nie chcę mówić, że to reguła, ale Polska przez swoją wielkość ma jednak tendencję do tandety. A tam nowa architektura jest skromna i wpasowana. Nawet jeśli „designerska”, to z ogromnym wyczuciem.

 Czyli wracamy do pomysłu projektu o polskości?

W pewnym sensie tak, bo myślałem w Tallinie, jak to jest, że niby tak blisko nam do nich, a jednak tak daleko. Wiesz co jeszcze wydało mi się a u nich kompletnie inne? Relacje władzy z ludźmi. U nas jest w tej sferze ogromny dystans, brak zaufania i potrzeba pokazania wysokiej pozycji. A na bankiecie z okazji otwarcia Tallinn Music Week nagrodę za wspieranie wydarzenia odebrał minister kultury. Okazał się nim gość, siedzący przy barze, który wstał, podziękował, po czym wrócił na swój stołek, żeby dalej konwersować z ludźmi. Myślę, że takie rozumienie trzymania się stołków byłoby dla polskiej władzy trudne do zaakceptowania. 

A słyszałeś przemówienie pani prezydent?

Nie! Było?

Tak, w Akademii Sztuk Pięknych, na scenie między kawiarnią a recepcją. Kersti Kaljulaid opowiadała o tym, jak zamierza w ciągu weekendu przekonać wszystkich, żeby chcieli się przeprowadzić do Estonii.

No właśnie, czyli sama rozumiesz o czym mówię. Dlatego zastanawiałem się nad naszymi narodowymi cechami, które tak wyraźnie widać, zwłaszcza z perspektywy innego kraju.

To rzeczywiście brzmi jak temat, dla którego warto zachować solowy projekt przy życiu.

Masz na myśli polskość? Tak, bardzo chciałbym z nią poeksperymentować.