Search for content, post, videos
Monika Powalisz

Warszawiacy: Monika Powalisz

Współscenarzystka serialu „Belfer”, którego drugi sezon właśnie się rozpoczął, pisarka, redaktorka (współtworzyła magazyn „Smak”), mama Andy, Żoliborzanka. Do Warszawy przyjechała z Łodzi na początku lat 90.

Nie mogę przestać myśleć o człowieku, który dokonał samospalenia na placu Defilad.
– To dla mnie najbardziej ekstremalna forma oporu.

Dla mnie też symboliczne zakończenie pewnej epoki w Warszawie – czasu spokojnego, dobrego życia. Nie docenialiśmy tego, nie zauważaliśmy nawet. Konwicki pisał „Małą Apokalipsę” w latach 70. 40 lat i historia się powtarza. Też masz takie wrażenie?
– Od dawna żyjemy w dość bezpiecznej bańce środowiskowej – wielu rzeczy nie dostrzegamy, albo staramy się nie dostrzegać. Jesteśmy zamknięci w swoich mikroświatach. A przecież reprywatyzacja, gentryfikacja, postępujące rozwarstwienie społeczne w naszym mieście – to wszystko dzieje się od lat, można powiedzieć, że wprost na naszych oczach. Pytanie, jak do tego podchodzimy, jak reagujemy? Czy chcemy się aktywizować, czy pozostać w swoich bańkach?

Gdybyś dostała propozycję napisania serialu, którego bohaterem miała by być współczesna Warszawa, byłby mroczny? Polityka, przestępczość, ludzie wyrzucani ze swoich mieszkań? Taki „Pakt” albo „Ekipa”?
Niekoniecznie. Myślałabym bardziej o współczesnej wersji serialu „Dom”, gdzie w jednej kamienicy mamy ludzi różnych zawodów, w różnym wieku, z rozmaitych grup społecznych. To mogłaby być też komedia, chociaż taką widzę raczej na osiedlu zamkniętym, gdzie ludzie się kompletnie nie znają i nie potrafią funkcjonować w przestrzeni wspólnej – nie rozumieją idei, jaka za nią stoi.

Chyba jednak najlepiej czuję się w konwencji kryminalnej. Seriale obyczajowe są o wiele trudniejsze.

Jaka jest twoja Warszawa? Jak ją odebrałaś, gdy zamieszkałaś tu na stałe?
– Zaczęłam od dość trudnego miejsca – Muranowa – silnie naznaczonego historią. Warszawy lat 90. kompletnie nie pamiętam – siedziałam wtedy w murach Akademii Teatralnej. Dopiero „Przez rzekę” Stasiuka jakoś tę Warszawę moich studiów wyświetliło z pamięci. A potem dość intensywnie zaczęłam chłonąć to miasto i jego historię.

Im jestem starsza, tym bardziej nabieram świadomości tego miejsca. Gdybym miała Warszawę określić jednym przymiotnikiem, to powiedziałabym, że jest to miasto zaburzone. Na wielu poziomach: architektonicznym, planistycznym, społecznym, emocjonalnym. Nie chcę używać określenia „miasto szalone”, bo to nie o to chodzi. Raczej mam na myśli „czyste” bernhardowskie zaburzenie.

Ty wybrałaś Żoliborz. Dlaczego?
– To stosunkowo młoda dzielnica, utworzona przed II wojną. Jedna z nielicznych, które zostały wymyślone od początku do końca, a ingerencje powojenne były tu minimalne. Odpowiada mi ten ład przestrzenny, to że mamy tu wszystko, co potrzebne do życia, w odpowiednich proporcjach (może przydałoby się tylko więcej klubów i knajpek).

Bardzo też są mi bliskie społecznikowskie tradycje Żoliborza. Są tacy, którzy kręcą nosem, że to dzielnica zadufanych w sobie intelektualistów, którzy zamykają się we własnej enklawie. To nieprawda. Żoliborz w założeniu był zróżnicowany społecznie. Przy jednej ulicy były zarówno mieszkania robotnicze, jak i wyższej kadry urzędniczej. W Szklanym Domu [projekt Juliusza Żórawskiego, z lat 1938-41], gdzie przez lata działałam w zarządzie, wręcz od zawsze podkreślano to zróżnicowanie: mieszkał tu palacz, kierowca i dyrektor. Oczywiście to się zmienia, ale procesy gentryfikacyjne nie są tak brutalne jak na Pradze. Na Żoliborzu mamy dużo lokalnych inicjatyw, które tworzą silną społeczność. Dla mnie to idealne miejsce. Mogę tu osiągnąć duchowy spokój.

Foto: Aga Bilska

Monika Powalisz

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

  • [ulp id=’h2x9Yh1d45Vprwn7′]