|

Codziennych form oporu uczymy się od Palestyńczyków

Codziennych form oporu uczymy się od Palestyńczyków
Karolina Grzywnowicz na rezydencji w Palestynie

W języku arabskim jest aż siedem określeń na „spotkanie”. Gościnność to dla Palestyńczyków coś naturalnego.

Polscy artyści, kuratorzy i dziennikarze jeżdżą eksplorować Palestynę, palestyńscy artyści przyjeżdżają do nas. O programie rezydencji w U-jazdowskim rozmawiamy z jego szefową Iką Sienkiewicz-Nowacką. Od 2002 roku na Zamku Ujazdowskim udało się ugościć ponad 250 osób z całego świata. Z niektórymi z nich praca trwa latami. To proces, który ma doprowadzić do powstania znaczących dzieł.

Palestyna to dla nas ziemia nieznana. Jak ty tam trafiłaś?

To był przypadek. Na szkoleniu w Brukseli poznałam Sally Abu Baker, dyrektorkę Biura Kultury Urzędu Miasta Ramallah. To było bardzo inspirujące spotkanie, które w jej głowie zasiało marzenie o organizowaniu rezydencji tam.

Pojechałam w 2015 roku na Qalandiya International, wydarzenie o formacie biennale, które rozgrywa się na terenie Izraela, Palestyny i w siedzibach kilku współpracujących organizacjach z Libanu, czy Wielkiej Brytanii. Zaczęłam dowiadywać się podstaw na temat sytuacji politycznej, społecznej i kulturowej na Zachodnim Brzegu. Chciałam zrozumieć radykalną postawę wielu Palestyńczyków bojkotowania wszystkiego, co izraelskie. Wtedy poznałam też bardzo ciekawych artystów, tworzących sztukę zaangażowaną.

Palestyna jest krajem okupowanym przez Izrael, autonomia palestyńska ogranicza się tylko do strefy A – tam mogą wydawać pozwolenia na budowę, względnie niezależnie podejmować decyzje i podróżować. Strefy B i C są zależne od Izraela. Dlatego też tę autonomię czuć w zasadzie tylko w dużych miastach, leżących w strefie A. Ramallah (45 minut jazdy od Tel Avivu) jest głównym ośrodkiem administracyjnym i rozwija się w niesamowity sposób. Wczesny kapitalizm szaleje, buduje się na potęgę, w sposób niekontrolowany. Deweloperka jest też narzędziem komercyjnym i politycznym, więc w mieście trudno o wolny skrawek ziemi. To jest niesamowity tygiel, również kulturalny.

Bezpieczne miejsce?

Tak. To kolejny mit. Jeździłam tam wielokrotnie. Po raz pierwszy z mamą i sześciomiesięczną córeczką i czułyśmy się bezpiecznie. Oczywiście są regiony objęte działaniami wojennymi, jak Gaza, do której wjazd dla przeciętnego Palestyńczyka jest prawie niemożliwy, a osoby z Europy mogą tam wjechać tylko spełniwszy bardzo restrykcyjne wymogi. Ale w Ramallah jest spokojnie. To miasto żyje, ma swoje festiwale, bardzo nowoczesne ośrodki artystyczne, knajpki, sklepy, szkoły. Przyjeżdża tu wielu Europejczyków z krajów, które od początku wspierały państwo Palestyńskie, pomagały tworzyć od podstaw administrację, nowoczesną edukację.

My też byliśmy jednym z pierwszych krajów, które oficjalnie uznały państwo Palestyńskie. Ale sprawy po transformacji się pokomplikowały. Dodatkowo nasze polityczne relacje z Izraelem nie sprzyjają nawiązywaniu współpracy z Palestyną. Mentalnie zniknęła ona z naszej mapy. A przecież w latach 70. gościliśmy 40 tysięcy studentów z Palestyny, tam jeździli nasi inżynierowie. Relacje z państwami arabskimi były żywe.

Istniała ta wymiana. Teraz wy wypełniacie tę lukę. W ubiegłym roku wysłałaś tam pierwsze artystyczne zwiadowczynie – Joannę Rajkowską i Jaśminę Wójcik. Jak one zareagowały na Palestynę?

Dla Joanny to było trudne doświadczenie – pobyt w obozach dla uchodźców z terytoriów okupowanych. W 1948 roku ponad 700 tysięcy ludzi musiało opuścić swoje domy. Niektórzy z nich spędzili w obozach już kilkadziesiąt lat, a zupełnie nie dbają o ten teren. Jakby to, że się zadomowią oznaczało pogodzenie się z tym, że już nigdy do siebie nie wrócą. Permanentne poczucie tymczasowości.

Śmiecenie tam jest dla nich aktem oporu. I Joannie było trudno z tym, że masz taki malutki kawałek ziemi, który wciąż się kurczy, a mimo to nie dbasz o niego. Jaśmina poznała tam Mahommada Saleha, który jest teraz na rezydencji w Warszawie. I natychmiast zaczęli współpracować. Mohommada zajmuje edukowanie różnych grup w zakresie ogrodnictwa i permakultury, tak by poprzez jak najczęstsze ich praktykowanie wzmocnić samowystarczalność palestyńskiego społeczeństwa i doprowadzić do jego regeneracji. Z Jaśminą stworzyli filmowy podręcznik, w którym pokazują jak Palestyńczycy mogą uprawiać rośliny i jak bezkosztowo zbudować przenośny ogród.

Zdjęcie Karoliny Grzywnowicz z pobytu w Palestynie
Rezydenci wraz z rodzinami i kuratorką Iką Sienkiewicz (pośrodku) podczas zbierania ziół do publikacji Diary 2020, fot. Mohammad Saleh

To jest ciekawy bardzo nurt sztuki, która chce zmieniać rzeczywistość. Kiedyś to była domena architektury, dizajnu – rozwiązywanie konkretnych problemów. A teraz innowacje wprowadzają również artyści.

Takie czasy. Wymagają większego zaangażowania. W przyszłym roku na wystawie w Centrum Sztuki Współczesnej, podsumowującej te rezydencje, pokażemy wiele takich przykładów.

Karolina Grzywnowicz, która też była w Palestynie, stworzy przed Zamkiem instalację „Latający Dywan”, która mam nadzieję stanie się letnim miejscem spotkań warszawiaków. Karolina wkomponuje w nią szałwię, dziki tymianek i inne rośliny, które zostały objęte ochroną przez Izrael. Te rośliny są bardzo ważnym składnikiem kuchni palestyńskiej i od lat były zbierane, a teraz grozi za to kara więzienia. Takie zakazy też są formą opresji ze strony Izraela. 

Palestyńskich artystów, którzy są teraz na Zamku Ujazdowskim, zawiozłaś na Podlasie. Dlaczego?

Wiedziałam, że interesują się naturą. Na przykład Mirnę Bamieh, która zbiera tradycyjne przepisy, fascynuje fermentacja. Chciała się jej nauczyć u źródła. Zbudowała u nas instalację, która jednocześnie jest kuchnią. Swój projekt zatytułowała „Stacja Fermentacja”.

Brakuje im tam bardzo takiej zieleni, wody. Spodobało im się tam, bo Palestyńczycy też wyjątkowo potrafią praktykować gościnność. Ma to nawet swoje odzwierciedlenie w języku arabskim, który ma aż siedem określeń na „spotkanie”. 

Artyści z Palestyny na Podlasiu, fot. Ika Sienkiewicz-Nowacka
Mirn Bamieh
Podczas pobytu na Podlasiu

Mohammad mówi, że nie lubi tytułu tegorocznego programu rezydencji „Codzienne formy oporu”. Nie pasuje to do jego usposobienia?

Wielu Palestyńczyków negatywnie reaguje na to słowo, bo  jest ono zawłaszczone przez język militarny. A opór przecież może mieć też swój wymiar pozytywny. To też trwanie, uprawianie ziemi, bycie sobą. Mohammad zaproponował, żebyśmy zmienili tytuł projektu na „Codzienne formy akceptacji”, ale dla mnie dwuznaczność w nim zawarta jest ważna. Więc zostanie tak, jak jest.

Przez cały weekend 4-6.10 w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski „Codzienne formy oporu” – dyskusje z artystami i ludźmi kultury z Palestyny – o życiu w okupowanej Palestynie, roli artystów i pozytywnych wymiarach oporu. Szczegółowy program tutaj…

Magazyn poświęcony rezydencjom w U-Jazdowskim