|   |

Jakub Chełmiński walczy ze smogiem

Jakub Chełmiński walczy ze smogiem
Przejdź do

Chociaż wcześniej pisałem o smogu, to naprawdę przeraziłem się zimą 2016/17 roku. 

Piszesz we wstępie do książki o tym, że smogu przez długi czas nie dostrzegamy, ale gdy już uświadomimy sobie, że jest, nie możemy przestać o tym myśleć. Kiedy do ciebie to dotarło?

Gdy urodziło nam się dziecko i w pierwszym roku było dwa razy w szpitalu z powodu chorób dróg oddechowych. Albo gdy pewnego wieczoru wróciłem ze spaceru z psem i żona zapytała, czy znowu palę, tak śmierdziało moje ubranie i włosy. Chociaż wcześniej pisałem o smogu, to naprawdę przeraziłem się zimą 2016/17 roku. 

Gdzie mieszkacie?

Na osiedlu domów jednorodzinnych na Zaciszu. Nie tylko luksusowych, nowych, w których kominki ludzie instalują sobie dla przyjemności. Ale są tu też biedadomki z lat 30., w których muszą dorzucać węgla, żeby mieć ciepło, albo żeby zagrzać wodę.

Pamiętasz swój pierwszy tekst o smogu?

W 2008 roku napisałem o badaniach dr Artura Badydy, który wykazał, że mieszkanie w centrum Warszawy rzeczywiście szkodzi na płuca. On pierwszy na Politechnice zaczął to badać, przekładać na ludzkie zdrowie. Naukowiec z misją. Wykazał, że gdy mieszkasz przy Tamce albo w alei Niepodległości to masz cztery razy większe szanse zachorowania na POCHP – bardzo poważną chorobę płuc – niż ktoś kto mieszka na wsi z krystalicznie czystym powietrzem. 

Jak myślisz, skąd się bierze ta znieczulica, to wyparcie? To, dlaczego nie widzą tego politycy, jestem w stanie zrozumieć, bo znam polityczne mechanizmy. Ale obywatele?! To tak jak byśmy żyli w mieszkaniu zbudowanym z rakotwórczych materiałów i udawali, że nic się nie dzieje.

Może dlatego, że wydaje nam się, że jesteśmy bezsilni. Trochę działa ten mechanizm, że tak było zawsze, albo kiedyś było gorzej. Często to słyszę od starszych osób. 

Ale jest też ciekawe zjawisko, że ci, którzy jeżdżą samochodami nie dostrzegają tego, że się do smogu dokładają i obwiniają palących w kopciuchach. I na odwrót – ci od kopciuchów mówią: zróbcie najpierw porządek ze starymi dieslami, a potem zajmiemy się piecami. I to tak działa u ludzi wykształconych, którzy mają wiedzę. U dobrze sytuowanych, którzy mieszkają w Wilanowie, których pytam: „Ale co, w kominku lubisz sobie zapalić? A wiesz, że to jest taki sam smog?”

Powiedz coś więcej o tych kominkach.

Drewno też wytwarza szkodliwe substancje. W Warszawie teraz jest taki stan prawny, że można palić drewnem, ale powinno mieć wilgotność poniżej 20 procent. Czyli nie można palić mokrym drewnem. Ale pokaż mi kogokolwiek, kto ma urządzenie do sprawdzania tego. Przyjmuje się, że jak drewno jest rok sezonowane, to można nim palić. 

Jakub Chełmiński
Chodziłem po praskich kamienicach i sprawdzałem. ZGN twierdził, że w danej kamienicy pieców nie ma, bo zostały wyłączone z eksploatacji. W praktyce piece są i ludzie sobie w nich palą, wbrew zakazowi. Tyle że nie przychodzi już kominiarz na przegląd. Czyli nie dość, że ludzie palą dalej, to jeszcze są narażeni na większe niebezpieczeństwo pożarów. 

Co może zrobić wrażenie na politykach. Wyjście na ulice?

Kraków wyszedł, setki osób przeszły w 2013 roku w marszu antysmogowym pod ratusz. To skłoniło władze do zmian, dziś mają już w mieście zakaz spalania paliw stałych. Coraz więcej jest organizacji i pojedynczych aktywistów, którzy składają pozwy przeciwko samorządom i władzom centralnym, ubierają pomniki w maseczki, przekonują sąsiadów do wymiany pieców. W Warszawie działa Warszawa bez Smogu, która jest częścią Polskiego Alarmu Smogowego, Smog Wawerski, Warszawski Alarm Smogowy.

Dlaczego jesteśmy tak bardzo w tyle za Krakowem? Nie możemy po prostu skopiować ich ścieżki?

To jest dobre pytanie. Wydawało się naturalne, że skoro tam kończą już wymianę pieców, to można zatrudnić u nas ich specjalistów. Problem w Krakowie był większy, bardziej namacalny, prawie 50 tysięcy pieców, niemalże w centrum miasta. Zakazali też kominków, w ogóle nie może być dymu w Krakowie.

U nas jest nakaz wymiany kopciuchów do końca 2022 roku, oczywiście tych najgorszych. Ale jest furtka, że możemy wymieniać stare piece na zgodne z ekoprojektem, czyli bardziej ekologiczne, ale jednak wciąż piece węglowe. Na razie nie będziemy mieć zakazu palenia węglem w Warszawie, chociaż aktywiści wystąpili już z taką petycją. Władze Warszawy i województwa zapewniają, że analizują taką możliwość, ale co z tego wyjdzie jeszcze nie wiadomo.

To jest niesamowite, jak stołeczni politycy boją się decyzji o konsekwencjach ogólnokrajowych. Bo co my mamy do tego węgla?! Rozumiem, że na Śląsku to są trudne decyzje, ale u nas?!

Szczególnie, że mamy najdłuższą w Unii Europejskiej sieć ciepłowniczą. Można też dopłacać do rachunków najbiedniejszym mieszkańcom, których nie da się podłączyć do sieci, ale wprowadzą u siebie ogrzewanie na prąd. 

Szokujący był dla mnie twój ostatni tekst o tym, jak mało miejskich kopciuchów zniknęło w ciągu ostatniego roku, a wręcz ich przybywa.

Nawet nie o to chodzi, że instaluje się nowe, tylko miasto w tym roku dokładniej policzyło kopciuchy we własnych budynkach. Na Targówku wyszło im o 90 więcej, we Włochach o 130 więcej niż rok temu. Urzędnicy się oburzyli na ten tekst, bo w tym roku 350 pieców usunęli, 500 mają usunąć do końca roku, czyli coś robią. Ale po ponownym podliczeniu przez ZGN-y okazało się, że do usunięcia jest więcej niż wydawało się rok temu. 

Wiem, jak to działa, bo chodziłem po praskich kamienicach i sprawdzałem. ZGN twierdził, że w danej kamienicy pieców nie ma, bo zostały wyłączone z eksploatacji. W praktyce piece są i ludzie sobie w nich palą, wbrew zakazowi. Tyle że nie przychodzi już kominiarz na przegląd. Czyli nie dość, że ludzie palą dalej, to jeszcze są narażeni na większe niebezpieczeństwo pożarów. 

Z 600 kamienic na Pradze co roku podłącza się do centralnego ogrzewania kilkadziesiąt. Na Pradze Południe w tym roku podłączonych zostanie 20 z 362 kamienic. To oczywiście nie są łatwe ani tanie inwestycje, ale w tym tempie trochę to zajmie. A to wszystko dzieje się dwa kilometry od placu Bankowego. 

Ogromne emocje wzbudza wątek samochodów.

Na koniec 2018 r. w Warszawie zarejestrowanych było półtora miliona samochodów. Kolejne pół miliona codziennie wjeżdża i wyjeżdża z Warszawy. Ogromna liczba. Jakoś ten ruch trzeba ograniczać. Pozostaje pytanie, jak. 

Są różne warianty. Wariant szwedzki, londyński, czyli zrobić płatny wjazd do centrum; wariant niemiecki, czyli zakazać wjazdu do centrum najstarszym, najbardziej szkodliwym dieslom. Trzeba po prostu zlecić solidną analizę, która pokaże kilka wariantów granic strefy płatnego parkowania, kilka wariantów opłat. Ile osób będzie skłonnych do przesiadki na komunikację publiczną, ile nam to przyniesie zysków, ile za to kupimy nowych autobusów czy tramwajów, jak to ograniczy emisję spalin. I wtedy możemy rozmawiać o konkretach. Na razie, jak słyszmy „ograniczenie ruchu aut w centrum” to zapewne każdy ma na myśli co innego. 

Trzeba też pamiętać o kosztach społecznych takich ograniczeń. Najbogatszych i tak będzie stać na wjazd do Śródmieścia. Ale uświadommy sobie, jak wiele osób – fachowców, pielęgniarek, robotników – dojeżdża do pracy z okolic Warszawy. Na przykład z takiej Ostrowi Mazowieckiej, z której nie ma pociągu. Autobusy z małych miejscowości polikwidowano. Mój kolega mieszka 30 kilometrów pod Warszawą, a na Uniwersytet jedzie prawie dwie godziny zbiorkomem, do autobusu wsiada o godz. 6. Jak by go było stać na starego golfa, którym by dojechał w 40 minut, to raczej by skorzystał. Więc nie chodzi tylko o to, żeby budować metro w mieście, ale żeby zadbać o sprawną komunikację na całym Mazowszu.

Czy za prezydenta Trzaskowskiego coś się ruszyło w temacie smogu? Justyna Glusman jest odpowiedzialna za tę kwestię? Kogo naciskać?

Jest odpowiedzialna za smog z niskiej emisji. Bardzo podkreśla, że za transport i inwestycje, a więc smog samochodowy, odpowiada wiceprezydent Robert Soszyński. Pierwszy rok po wyborach był o tyle stracony, że wszyscy nowi w ratuszu dopiero się wdrażali. Na przykład tworzyło się nowe Biuro Ochrony Powietrza. Przygotowywano ramy prawne dotacji do likwidacji pieców, na które wnioski można składać od października. Nie zlikwidowano jeszcze w ich ramach żadnych pieców, ale zainteresowanie jest spore. Można powiedzieć, że jest to krok w dobrym kierunku, szkoda że wykonany dopiero teraz, a nie dwa, trzy lata temu, gdy mówili o tym aktywiści. Władza w Warszawie przecież jest ta sama, ta sama partia rządzi przed i po wyborach. Tymczasem w ratuszu zrobili sobie nowe otwarcie, straciliśmy dużo czasu. 

A co każdy z nas może zrobić?

Ci, którzy mają piece, po prostu muszą je wymienić. Nie jest to łatwe i tanie, ale obliguje ich do tego uchwała miasta. To jest około 20 tys. gospodarstw domowych w Warszawie. 

Palący w kominkach, apeluję: wyjdźcie ze swojej strefy komfortu, zrezygnujcie z tego luksusu! To jest łatwe, da się żyć bez kominków rozpalanych dla romantycznej atmosfery.

Zostają kierowcy, którym najtrudniej przychodzi rezygnacja z auta. Jedni jeżdżą z lenistwa, ale są też tacy, którzy muszą korzystać z samochodów. W całym procesie powinniśmy pamiętać o najbiedniejszych, których ekologiczne zmiany dotkną najbardziej. Powinniśmy im pomóc przez nie przejść. 



|

Szare Domy: Świadectwo przedwojennej Warszawy

Szare Domy: Świadectwo przedwojennej Warszawy
Przejdź do

Dobrze zaprojektowane osiedle w którym dobrze się mieszka.

To jest osiedle, na którym bardzo dobrze się mieszka. A jak już się mieszka, to chciałoby się zebrać wszystkie wspomnienia o nim. Bo żyją tu bardzo ciekawi ludzie. Przed wojną była to warszawska elita, a i dziś wydaje się, że mało jest tu przypadkowych osób. Ten wyjątkowy klimat czuje się podczas festiwalu Szarych Domów, którego czwarta już edycja odbyła się w sobotę, 29 czerwca.

Organizuje go Marta Surowiec – z zawodu projektantka graficzna, dziewczyna petarda. Nic dziwnego, że udało jej się zdobyć serca większości mieszkańców tych dwóch ciągów modernistycznych budynków między Łowicką i Akacjową. Sama już na Mokotowie nie mieszka, wyjechała do Szkocji. Swoje mieszkanie przy Fałata wynajmuje, ale wciąż obsesyjnie tu powraca. Magia Szarych Domów działa.

Zachęciła mieszkańców do dzielenia się zdjęciami i wspomnieniami. Założyła profil na Facebooku, planuje książkę o osiedlu, do czego zachęcał ją w trakcie festiwalu sam Mariusz Szczygieł. Przywraca pamięć o projektancie tego założenia –  Janie Stefanowiczu – choć sama przyznaje ze skruchą, że poburzyła ściany w swoim mieszkaniu. Za późno doceniła walory tej architektury. A od Stefanowicza młodzi architekci mogliby się uczyć, jak projektować mieszkania – z optymalnym rozkładem pomieszczeń, oknami w łazienkach, „zimnymi szafkami” i balkonami, które mają wymyślone nawet gzymsy do postawienia skrzynek z kwiatami.

Szare Domy
Marta Surowiec, twórczyni Festiwalu Szarych Domów
Festiwal organizuje Marta Surowiec – z zawodu projektantka graficzna, dziewczyna petarda. Nic dziwnego, że udało jej się zdobyć serca większości mieszkańców tych dwóch ciągów modernistycznych budynków między Łowicką i Akacjową.

Szara cegła to holenderska inspiracja. Przed wojną pokrywał ją wszechobecny tutaj winobluszcz, który niestety wraz z termoizolacją piwnic został w dużej mierze zniszczony. Mieszkańcy mieli własne przedszkole, sklep kolonialny, w którym Żyd sprzedawał pyszną kapustę kiszoną i ogórki, róże na podwórku.

Osiedle powstało w latach 1928-32, Niemcy przeszli przez nie i wypalali mieszkanie po mieszkaniu, ale architektura Szarych Domów cudem to przetrwała.

Do dziś dobrze się tu mieszka. Wpadnijcie na Akacjową, Łowicką, Fałata, żeby poczuć ten mitologizowany w stolicy klimat przedwojennej Warszawy. W zasadzie się nie zachował, poza takimi enklawami jak Szare Domy.

Festiwal Szarych Domów
Szare Domy
Szare Domy


|

Dominika Buczak z placu Konstytucji

Dominika Buczak z placu Konstytucji
Przejdź do

Dziennikarka, mama. Właśnie ukazała się jej debiutancka powieść "Plac Konstytucji".

Jak tu się żyje? Na pierwszy rzut oka plac Konstytucji wydaje się wielką betonową pustynią.

To specyficzne miejsce do życia. Mamy rzut beretem do parku Ujazdowskiego, wszędzie stąd jest blisko. Ale rzeczywiście nie jest tu zielono, cicho i spokojnie. Trzeba lubić takie miejskie klimaty, żeby się tutaj dobrze czuć. Dla mnie ważne jest przede wszystkim to, że tuż pod tą betonową skorupą czuje się historię. Wciąż żyją ludzie, którzy pamiętają budowę MDM-u.

Czyli nie trafiłaś tu przez przypadek?

To była świadoma decyzja. Pamiętam nawet, kiedy pierwszy raz stanęłam na placu Konstytucji. Na ogół było tak, że przyjeżdżając do Warszawy odruchem krakusa szłam…

Do cukierni? Na wino?

To też, ale szukałam ich na Starówce. Pamiętam to uczucie, kiedy zupełnie przez przypadek weszłam kiedyś na plac Konstytucji. Poraziła mnie skala tego założenia.

I to polubiłaś? Jesteś po prostu miejską dziewczyną! A twoje dzieci?

Też lubią to miejsce, chociaż wcale nie jest przyjazne dzieciom. Nie mamy w zasadzie podwórka, a w podcieniach jest zakaz jazdy na deskorolkach.

Jakiś czas temu wybraliśmy się do Muzeum Pragi, wysiedliśmy z metra na Targowej, zachwyciła nas okolica. Mówię, że mogłabym tu mieszkać, a nasz syn Felek, lat 7, na to: „Cooo?! Tu nawet Green Coffee nie ma!”

Synek mamusi!

Dokładnie. Dla dziennikarza plac Konstytucji to jest super sprawa, bo ciekawe historie same do ciebie przychodzą. Szłam do Batidy i pani za ladą opowiadała mi, że pracuje tu od zawsze, jeszcze jak tu był Hortex. Uliczna kwiaciarka zagaduje, że mieszka tu od początku, od 1952 roku.

Plac Konstytucji
Dominika Buczak, autorka książki "Plac Konstytucji"
Dla dziennikarza plac Konstytucji to jest super sprawa, bo ciekawe historie same do ciebie przychodzą. Sama tworzy się opowieść o współczesnej Polsce.

W twojej książce dobrze widać, że ten plac też był i jest areną sporów światopoglądowych. Twoi bohaterowie dyskutują, czy wyrzucić Żydów z kraju w 1968 roku, czy ich bronić; czy popierać strajki studentów, czy chronić dawny porządek; czy iść w tęczowym marszu, czy rzucać w policjantów kostkami brukowymi 11 listopada.

To tak naprawdę opowieść o współczesnej Polsce. To narzuciło się samo. Tu były protesty po zamknięciu „Po prostu”. Gdy wybuchł stan wojenny, tutaj stało ZOMO. W latach 90. kapitalizm rozkwitł tu budkami z wietnamskim jedzeniem. A 11 listopada 2011 roku był dla mnie ogromnym przeżyciem, czułam się jak na wojnie.

Bardzo mocne jest w twojej książce to zestawienie kibola, który idzie w tym marszu i dziewczyny, która jest zmuszona urodzić w domu, bo nie może się stąd wydostać.

Naprawdę nie dało się stąd wyjść, mój syn tego dnia nie wrócił od dziadków do domu. Widząc to zrozumiałam, że bohaterami mojej książki nie mogą być tylko tacy ludzie jak my, o podobnych do nas poglądach, z marszu Kolorowej Niepodległej.

Plac Konstytucji
Plac Konstytucji

Ten spór, który otwiera twoją książkę – czy zachować resztki starej Warszawy, czy budować zupełnie nową – to jest można powiedzieć spór konstytuujący najnowszą historię naszego miasta. Wciąż gorący.

Jedna z moich bohaterek mieszkała w Kamienicy pod Syrenami, która przetrwała wojnę i została rozebrana dopiero w kwietniu 1952 roku. W lipcu otwierano plac Konstytucji.

A ty do jakiej frakcji byś się przychyliła?

Wiele osób mnie o to pyta. Myślę, że porwał by mnie entuzjazm odbudowy Warszawy, choć żal mi tych pięknych kamienic, które mogły przetrwać do dzisiaj. Cieszę się, że nie zrealizowano planu maksimum – wielkiej socrealistycznej alei od placu Defilad aż do placu Unii Lubelskiej. Na to zabrakło funduszy.

Gdy ścierasz te poglądy, możesz pokazać też różne absurdy architektoniczne i komunikacyjne tego placu. W kolejnym tomie bohaterowie będą się kłócić o to, czy pośrodku ma być parking czy skwer?

Rzeczywiście jest to teraz bardzo emocjonujący temat. Trochę nie wiadomo, jaki ten plac ma obecnie charakter, jaką tożsamość. Zatracił swoją elegancję (oczywiście taką na miarę wschodnioeuropejską), po latach 90. już się w zasadzie nigdy nie podniósł, a potencjał ma ogromny.

A ja jestem ci wdzięczna, że jedna z bohaterek strasznie się wkurza, że za jednym razem nie da się przejść przez plac na zielonym. Może to uda nam się poprawić.



|   |

Praga

Praga

Bardziej tu offowo i klimatycznie. Pragę kochają zarówno turyści, jak i warszawiacy.

Na drugi brzeg Wisły, na Pragę, trzeba udać się koniecznie. Dla klimatu starej Warszawy, który tu się zachował. Dla charakternych rdzennych mieszkańców i dla młodych, którzy zmieniają wizerunek zaniedbanej przez lata dzielnicy. Wysiądźcie więc z metra na przystanku Dworzec Wileński i zobaczcie tę zmianę. Powłóczcie się po prostu po ulicach, podwórkach z kapliczkami, warsztatach rzemieślniczych, fabrykach i lokalnych barach. Oto kilka naszych podpowiedzi.