Search for content, post, videos

Warszawiacy: Konrad Smoczny

Żoliborzanin od trzech pokoleń, od trzech lat radny dzielnicy, działkowiec. Współwłaściciel agencji reklamowej Vacaloca, działa w stowarzyszeniu Miasto Jest Nasze, prowadzi blog Żoliborz Moje Miasto. Spotkaliśmy się w wyjątkowo ciepły poniedziałek października na jego żoliborskiej działce, którą nazwał za hiphopowym kawałkiem DJ’a 600V „Ogród Zwany Eden”. Towarzyszyła nam jego cudowna sunia Bajka.

Te działki znasz pewnie od dzieciństwa?
– Tak, bo od zawsze mieszkam dosłownie 300 metrów od nich. Jako dzieciak biegałem tu z kolegami, podkradaliśmy owoce. Moja podstawówka jest tuż za ogrodzeniem, więc na wf-ie korzystaliśmy z nieuwagi nauczycieli i też się tu wymykaliśmy. To była oaza wolności. Miałem takie poczucie, że rodzice na chwilę tracą mnie z oczu.

Swoje 220 metrów z domkiem zdecydowałem się tu wydzierżawić kilka lat temu. Szukałem ziemi na Mazurach, bo uwielbiam przyrodę i chciałem mieć letnisko. Ale okazało się to za daleko, nie miałbym czasu na dojazdy. Na działkę mogę dotrzeć w kilka minut. Włączam sobie winyle na starym adapterze i odpoczywam.

Oaza na Żoliborzu, który sam jest oazą zieleni i spokoju w naszym mieście. Swój blog nazwałeś Żoliborz Moje Miasto. Czy już macie ruch autonomii Żoliborza?
– Gdyby nas odciąć od miasta przy Dworcu Gdańskim, bylibyśmy samowystarczalni: mamy dostęp do rzeki, teatr, siłownię, basen, parki i wszystko, co potrzeba do dobrego życia.

Niewielu młodych garnie się do rad dzielnic czy rady miasta. Dlaczego się zdecydowałeś?
– Najprościej jest schować głowę w piasek i nic nie robić, albo siedzieć na portalach społecznościowych i narzekać. A ja chciałem mieć większy wpływ na dzielnicę, poznałem też świetnych ludzi ze stowarzyszenia Miasto Jest Nasze.

W radzie mają mnie trochę za freaka. Jestem apolityczny, niezależny, mam tatuaże, nie chodzę w eleganckich pantoflach.
Czasami nie jest łatwo. Dostaję maile: „Ty jeb… lewaku, jak będzie wojna, to po ciebie pierwszego przyjdziemy”. Wtedy odpisuję grzecznie, że mam dyżur tego i tego dnia, zapraszam, proszę powiedzieć mi to w twarz.
Ostatnio mój projekt postawienia na placu Wilsona wielkiej neonowej litery „W” (jak Warszawa, Wilson, Witamy), wywołał negatywne komentarze, że co, „witamy uchodźców”? Taka wydawałoby się mało kontrowersyjna rzecz.

Na pewno są trudniejsze.
– Walka z chaosem reklamowym i architektonicznym, projekty przyjazne pieszym i rowerzystom, które spotykają się z silnymi protestami kierowców. Wytoczyłem też wojnę ludziom, którzy nie sprzątają po swoich psach. Publikowałem w sieci ich zdjęcia, z zasłoniętymi twarzami. Wzbudziło to duże emocje.

A co się udało? Z czego jesteś dumny?
– Zainicjowałem stworzenie pierwszej w Warszawie mapy zakładów rzemieślniczych – „Szlakiem mistrzów Żoliborza”. Z Bajką prowadzimy akcję „miejsca przyjazne psom” – oznaczamy je i promujemy. Wspaniałe są też międzypokoleniowe potańcówki na skwerze przy Teatrze Komedia.

Jakie jedno mniej oczywiste miejsce poleciłbyś nam do odwiedzenia na Żoliborzu?
– Ostatnio byłem na niezwykłym koncercie Agi Zaryan w kawiarni Kalinowe Serce. Przyjaciel aktorki Kaliny Jędrusik stworzył to miejsce obok domu, w którym mieszkała z pisarzem Stanisławem Dygatem. Kolejna oaza.

Foto: Filip Klimaszewski (portrety), Aga Bilska (Żoliborz)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *